piątek, 30 listopada 2012

Rozdział 3

Nareszcie! Ledwo, ledwo, a bym spóźniła się z dodaniem notki! Na szczęście jest wszystko ok, odnalazłam wenę i dokończyłam rozdział. Muszę się przyznać, że brakowało mi motywacji. Nie wiem, może dopadła mnie jesienna deprecha? Pomogła mi piosenka Epiki- Stay The Course. Nie jest najlepsza w dorobku tego zespołu, ani nie nadaje się na podkład do opowiadania, lecz ma niezwykły tekst. No i rzecz jasna- Mark Jansen się udziela wokalnie, co jest dużym plusem :) Z przyjemnością muszę stwierdzić, że jest to ostatni, w którym nic ciekawego się nie będzie dziać- mówię tu o akcji, do której dojdzie w Rozdziale 4.  
***
Raymond
Dystrykt Drugi

Idę przez szare ulice Dwójki. Zaczął padać deszcz, wszystko jest wilgotne i zimne. Woda skapuje na moją głowę, mocząc mi włosy. Ze wściekłością odgarniam zlepione kosmyki, po czym na chwilę przestaję. Zatrzymuje się przed piekarnią. Wchodzę do ciepłego, pachnącego chlebem pomieszczenia. Wciągam zapach do nosa, przez chwilę delektując się widokiem ładnie ustawionych w rzędzie przeróżnych wyrobów z ciasta. Poczynając od suchych bułek, których nikt nie chce, kończąc na dwóch dużych tortach. Podchodzę do lady, i chwilę czekam, aż ktoś raczy mnie obsłużyć. Siadam na plecionym krześle i opieram głowę na oparciu. Miałem dość ciężki dzień, jestem zmęczony.
-Hej Ray! - Słyszę piskliwy, żeński głos, tuż przy moim uchu. - Co dla ciebie? - Odwracam się w stronę źródła dźwięku. Uśmiecham się lekko.
-Candy .- Mówię, skłaniając głowę w geście powitania. - Co słychać? - pytam leniwym, beztroskim głosem.
-Och, wszystko w porządku, ostatnio... - Dziewczyna zaczyna paplać o jakichś butach, przywiezionych przez jej ojca z samego Kapitolu. Nic mnie to nie obchodzi. Candice zachowuje się jak każda, która ze mną rozmawia- rozpływa się w uśmiechach, idiotycznie przekrzywia głowę, śmieję się z każdego mojego żartu (nawet jeśli opowiadałem go setki razy)... To zaczyna się robić nudne.
-Dobrze, cieszy mnie to - rzucam, arogancko unosząc brodę do góry - może byś mnie obsłużyła, czy mam tak siedzieć, czekając aż skończysz opowiadać o swojej nowej sukience? - Candice spuściła głowę, a jej oczy lekko się zaszkliły. Widzę, że sprawiłem jej przykrość, lecz nie obchodzi mnie to. Dziewczyna zawsze mnie irytowała.
-A tak, jasne. Przepraszam, Raymond - mówi - czego więc chcesz? - Chwilę się zastanawiam, po czym rzucam:
-Cokolwiek, byleby było zjadliwe, nie to co wczoraj.
-Przykro mi, że ci nie posmakowało - odpowiada Candy skruszonym głosem - myślałam...
-Źle myślałaś - przerywam jej - mój ojciec nie był zbytnio zadowolony - Dziewczyna gwałtownie nabiera powietrza do płuc. 
-Nie zjadłeś tego? - pyta się ze zdziwieniem. Ten widok nieźle mnie bawi. 
-Ależ skąd. Daj to ciastko i spadam - mówię lekceważącym głosem. Candice spełnia moją prośbę, i już po chwili biegnę w stronę Pałacu Sprawiedliwości. Docieram na miejsce nieco spóźniony, ale szczerzę mówiąc nie przejmuje się tym za bardzo. Otwieram drzwi, ignorując Strażników Pokoju i wchodzę po marmurowych stopniach. Byłem tu tak często, że przestałem zwracać uwagi na liczne fotografie, które w niegdyś budziły we mnie dziwne uczucia. Wreszcie staję przed ogromnymi drzwiami, które bez wahania popycham. Znajduję się w gabinecie burmistrza Drugiego Dystryktu. 
-Witaj Raymond - słyszę głos mojego ojca, dobiegający zza dużego biurka - usiądź, opowiedz mi co tam słychać w domu.
-Hej tato - mówię z nieco kwaśną miną - jest wszystko ok, nie ma czym się martwić. - Wzruszam ramionami. - Właściwie, to ty masz mi więcej do powiedzenia. Byłeś w Kapitolu.
-Tak. I oczywiście, pod moją nieobecność jedna osoba została ukarana. Cud, ze jeszcze żyje.
-Kto taki? - pytam z czystej ciekawości. Rzeczywiście widziałem ślady krwi na podeście, gdzie tradycyjnie wykonuje się wyroki. 
-Jakaś dziewczyna. Rozumiesz chyba, że nie zawracałem sobie głowy jej nazwiskiem. Mam wiele ważniejszych spraw, niż tożsamość nieletniej przestępczyni. - Wzruszam ramionami a ojciec kontynuuje swą wypowiedź. - Jest teraz u Mathew’a. Ach, byłbym zapomniał... Przekaż swojej matce, ze nie będzie mnie dziś na kolacji. - To mówiąc, mężczyzna daje mi znak, że mam odejść. Kładę ciastko od Candice na jego biurku, a sam otwieram drzwi i kieruje się do siedziby Głównego Strażnika Pokoju. Przemierzam ciche korytarze Pałacu Sprawiedliwości z właściwą mi pewnością siebie. I nic dziwnego - przychodziłem tu niemalże każdego dnia po szkole. Wychodzę na zewnątrz, po czym wchodzę do znacznie mniejszego, bardziej brudnego budynku, niż siedziba burmistrza mojego Dystryktu. Pomieszczenie pełne jest Strażników Pokoju odpoczywających po swojej zmianie. Jeden z nich, wysoki, starszy mężczyzna pozdrawia mnie skinieniem głowy, lecz reszta zdaje się w ogóle mnie nie zauważać. I dobrze. Jak na razie nie mam ochoty znajdować się pod ostrzałem ciekawskich spojrzeń. Przedzieram się przez tłum kobiet i mężczyzn, ubranych w białe mundury, tak długo, aż docieram do małych drzwi. Bez pukania wchodzę do środka. Gabinet urządzony jest podobnie jak reszta budynku, lecz niewiele mnie to obchodzi - chcę się jak najszybciej stąd wynieść. Sam nie wiem co mnie skłoniło do odwiedzin w siedzibie Głównego Strażnika Pokoju. Pewnie głupia ciekawość - bardzo interesuje mnie owa przestępczyni, która aż tak zdenerwowała mojego brata. Widzę go, siedzi za biurkiem, pochyla się nad stosem plików i karteczek. Pewnie załatwia jakieś ważne sprawy, o których ja, zwykły obywatel Dwójki, nie powinienem nawet wiedzieć. 
-Hej Matt - mówię niedbałym głosem, a mężczyzna podnosi głowę. Jego twarz jest czerwona od ilości wypitego alkoholu. Cóż, nie dziwię się mu. Jako Główny Strażnik Pokoju, mój brat ma dostęp między innymi do darmowego baru, w którym oferują przeróżne rodzaje trunków. Sam nie zachowywałbym się inaczej. Matt w swojej dłoni ściska butelkę z przeźroczystym płynem. Podchodzę do niego, zabieram mu naczynie i sam pociągam parę łyków gorzkiego bimbru. 
-Zostaw to, Raymond. Jesteś jeszcze za młody - rzuca mężczyzna, spoglądając na mnie ze złością. Wzruszam ramionami. Nie obchodzi mnie jego opinia. Matt doskonale o tym wie, więc rzuca prosto z mostu - Czego tu szukasz?
-Dzisiaj ukarałeś pewną dziewczynę, czyż nie? - Mój brat twierdząco kiwa głową. 
-Bardzo możliwe. Dostałem nowe bicze, więc trzeba było je na kimś wypróbować. - Mężczyzna śmieje się głośno. - Ta suka próbowała sprzedać nielegalnie upolowane mięso. Gdybyś widział jej twarz, gdy zabrałem jej plecak...
-Jasne. - Przerywam mu, wzruszając ramionami. Przez myśl przechodzi mi twarz dziewczyny, którą spotkałem na Szkoleniu. Kręcę gwałtownie głową. - Gdzie ona jest?
-Za tymi drzwiami, zabrudziła mi całą sofę swoją krwią. Ta kanapa była z samego Kapitolu, cholera! - mówi z wściekłością. Wzdycham głęboko. 
-Wyluzuj - rzucam. Mój brat, niegdyś taki sympatyczny, zaczął mnie niesamowicie denerwować. Odkąd przejął posadę Głównego Strażnika Pokoju wywyższa się ponad wszystko i wszystkich. Ze spokojem wchodzę do sąsiedniego pokoju i wzrokiem odszukuje szarą sofę. Jest. Podchodzę jak najbliżej mebla i widzę młodą rudowłosą dziewczynę z twarzą wykrzywioną bólem. Wiem, że ma piękne zielone oczy. To ona. Spotkałem ją dzisiaj na Szkoleniu. Marszczę czoło z niezadowoleniem. Mogła mnie posłuchać, myślę, a wtedy nie leżałaby tutaj. Wzruszam ramionami i odchodzę. Co mnie obchodzi kolejna ofiara Matta? Otwieram drzwi i po raz ostatni obracam się za siebie. Spoglądam na poharatane plecy Rudej, z których wciąż sączy się krew. Zaciskam dłonie w pięści. W moim umyśle toczy się walka, lecz koniec końców wygrywa ta lepsza strona mnie. Podchodzę do sofy i delikatnie biorę dziewczynę na ręce. Z jej ust wydobywa się jęk bólu. Nie zwracam na to uwagi, jeśli chcę jej pomóc, muszę działać. Mijam Matta, wybiegam tylnym wyjściem i idę w stronę domu jedynej osoby, która będzie wiedziała co robić. 
*
-Ekhem, Raymond, możesz już iść - mówi lekarka - Ona przeżyje, nie martw się. - Podnoszę głowę i moim oczom ukazuje się na oko czterdziestoletnia kobieta o pięknych czekoladowych włosach. Uśmiecham się lekko.
-Tak jasne. Dzięki za pomoc, Ellen. Ile płacę? - Lekarka podaje cenę a ja z kieszeni płaszcza wyciągam garść srebrnych monet. Kobieta szybko je przelicza, po czym kiwa mi głową na pożegnanie. Ostatni raz spoglądam na tajemniczą rudowłosą dziewczynę. Muszę przyznać, interesuje mnie. Kim jest, że musi polować w lesie, skoro w Dwójce są regularne dostawy jedzenia? Może jest zbiegiem? W sumie nie wygląda na typową mieszkankę naszego Dystryktu. Natychmiast odrzucam ten głupi pomysł. To niedorzeczne.  Strażnicy Pokoju wychwycili by każdego uciekiniera, który zdobyłby się na przekroczenie ostatecznych granic. 
Przywołuje do pamięci obraz poranionych pleców Rudej. Wbrew sobie martwię się o nią. Nie chcę, aby stała się jej krzywda. W głowie rysuje najprzeróżniejsze możliwości, co odbiera mi resztki dobrego nastroju. W podłym humorze docieram do domu. Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Od progu witają mnie hałasy dobiegające z telewizora. Na jasnej kanapie siedzi Felix. Chłopak ogląda powtórkę ze swoich Igrzysk. Śmieje się głośno, gdy bezimienny trybut wbija nóż w szyje młodej dziewczyny z Trójki. Mimo, że mój brat jest Tryumfatorem, to wcale nie czuje się w żaden sposób szczęśliwy, że jestem z nim spokrewniony.
-Raymond! - Słyszę głos mojej matki. - Gdzie się podziewałeś? Spóźniłeś się! - Kiwam głową i lekko uśmiecham się w stronę kobiety. 
-Byłem u ojca, brata i tak jakoś czas zleciał - mówię. W tym momencie do przedpokoju wbiega Lynne, moja siostra. 
-A. To ty - odzywa się mierząc mnie wzrokiem - co ci się stało w rękę?
-Zraniłeś się? - Dodaje matka z troską. Kręcę głową i nie zdejmując butów wchodzę do salonu. Siadam przy drewnianym stole i jem zimną już zupę. Lynne usiłuje ze mną porozmawiać, lecz ja nie zwracam na nią uwagi. Myślę o dziewczynie, którą pozostawiłem u Ellen. Kim jest? Jak się nazywa? Mam nieodparte wrażenie, że skądś kojarzę te rude loki. I nie mówię o dzisiejszym Szkoleniu, na którym o mało bym jej nie rozdeptał. 
Odstawiam pusty talerz do zlewu, a sam wchodzę na górę, do mojej sypialni, po czym padam na łóżko. Jestem wyczerpany, choć sam nie wiem co mnie tak zmęczyło. Kładę głowę na poduszkę i przymykam oczy. Przez chwilę tak leżę, wsłuchując się w mój własny oddech. Próbuje się odprężyć, na chwilę przestać myśleć, lecz nie wychodzi mi to. Oczyma wyobraźni widzę Rudą. Znowu. Tym razem dziewczyna nie jest skatowana przez bicz, wygląda normalnie. Wspominam jej zaskoczenie i strach na twarzy, gdy mnie ujrzała. Nie mogę tego ukryć - moja „nowa znajoma” podoba mi się, nawet bardzo. Jest ładna, ale nie w ten banalny sposób co Candice, czy inne dziewczyny z mojej szkoły. Widziałem ją zaledwie parę razy w życiu, mimo to martwię się o nią. Nie chcę aby umarła. Mocniej zaciskam oczy. Co mnie to, do cholery jasnej obchodzi! W tym momencie odpływam w objęcia Morfeusza.
***
Ok, a więc to wszystko na dziś. Nową notkę dodam może nawet w niedzielę, jeśli mi się uda :)

piątek, 23 listopada 2012

Rozdział 2

Nareszcie!
Przepraszam, że notkę dodaję tak późno, jednak dopiero teraz dorwałam się do komputera. Cóż, mówiłam na początku, że rozdziały będę dodawać o godzinie 19-20, lecz teraz muszę zmienić trochę postanowienia :/
od razu ostrzegam, rozdział jest raczej spokojny, nikt nikogo nie biczuje. Dziś skupiłam się bardziej na uczuciach.
Nie będę już wam truć, miłego czytania :)
*


Aino

Dystrykt Ósmy


Zaciskam mocno oczy i kładę głowę na chłodny blat szkolnej ławki. Jest mi nieznośnie gorąco, mam ochotę wybiec z sali lekcyjnej. Pod powiekami gromadzą mi się łzy, jednak w żaden sposób nie potrafię zapanować nad swoimi uczuciami. Wszystkie słowa wypowiadane przez nauczycielkę od historii, pannę Smith, sprawiają mi ból. Nie potrafię słuchać tego wykładu z właściwym mi spokojem i opanowaniem. 
-Pięćdziesiąte Siódme Głodowe Igrzyska... - mówi kobieta, a wtedy na tablicy pojawia się zdjęcie skutej lodem areny. - Zatryumfowała Tyyne Saarinen, wówczas siedemnastoletnia dziewczyna. Posługiwała się właściwym dla naszego Dystryktu sprytem. Zadusiła ostatniego przeciwnika na arenie swoją własną kurtką... - Zatykam uszy, lecz wciąż słyszę głos nauczycielki. - Chłopak z Jedynki myślał, że bezbronna Tyyne nie stanowi dla niego zagrożenia. Gdy odwrócił się do niej plecami, rzuciła się na wroga. Nasza Tryumfatorka wyeliminowała również połowę zawodowców, posługując się jedynie kolczastym drutem. - Nauczycielka gasi światło, jednocześnie na ekranie jest wyświetlany film. Kolorowe postaci skaczą po ekranie, a ja widzę Tyyne, łudząco podobną do mnie dziewczynę, która owija pas grubego materiału wokół szyi znacznie potężniejszego od niej przeciwnika. Trybut dusi się i usiłuje zepchnąć przyszłą Tryumfatorkę ze swoich pleców. Wszyscy wiemy jednak, ze nie uda mu się obronić. Zagryzam wargę do krwi, przełykam ślinę. Nie wytrzymam już dłużej. Po policzkach płyną mi łzy, jestem na skraju załamania. Gwałtownie wstaje z krzesła, ściągając na siebie uwagę całej klasy. Bez słowa biorę moją torbę i kieruje się w stronę drzwi. 
-Aino, natychmiast usiądź! - mówi Smith, ja jednak ją ignoruję. Szybkim krokiem wybiegam z klasy. Słyszę krzyk nauczycielki.- Aino Saarinen! Wracaj tu w tej chwili! - Musiałabym być wariatką, za nic nie wypełnię tego polecenia. Nikt nie będzie mnie zmuszał, do słuchania wywodów tej kobiety. Wiem, że nauczycielka nie pobiegnie za mną, jest zbyt ociężała i leniwa. Jak wszyscy ludzie, którzy sądzą że mają władzę nad innymi. 
Historie, którymi karmiono nas na lekcjach były w większości zmienione przez prezydenta Snowa, jednakże wiem że właśnie dzisiaj zaserwowano nam prawdę. Jestem w końcu córką Tryumfatorki Pięćdziesiątych Siódmych Głodowych Igrzysk, znam tę opowieść na pamięć, choć słyszałam ją tylko raz w życiu. Gdy mama uznała, że jestem na tyle duża, aby zrozumieć, dlaczego mieszkamy w Wiosce Zwycięzców wyrzuciła to z siebie cichym, łamiącym się głosem. Nigdy nie wspominała Igrzysk dobrze. Podobno załamała się, siedziała sama w domu przez długie miesiące. W nocy budziły ją koszmary, wykrzykiwała w pustkę imiona trybutów, których zabiła. Jedynie mój ojciec potrafił do niej dotrzeć. Dzięki niemu Tyyne odzyskała chęć do życia. Nie na długo, ale lepsze to niż nic. 
Idę przez wilgotne ulice Ósemki. Nie zmierzam do domu. Kieruje się w stronę Placu Sprawiedliwości. Mijam znanych mi ludzi, większość pozdrawiam lekkim uśmiechem. Zadzieram głowę do góry i wpatruje się w niebo. Pamiętam, jak w wieku dziesięciu lat, gdy byłam przerażona Igrzyskami, marzyłam, że pewnego dnia wzbije się w górę i odlecę. Do miejsca, gdzie otrzymam nadzieję i miłość. Teraz jednak wiem, że to niemożliwe. Dorosłam. 
Mam świadomość, że nie ucieknę od Igrzysk. Jestem w końcu córką dwóch Tryumfatorów. Kapitolińczycy byliby zachwyceni, gdybym pojawiła się na arenie - młoda, zaledwie szesnastoletnia dziewczyna, która nie umie noża utrzymać w dłoni, nie kalecząc się przy tym. Brzydzę się przemocą. Nigdy nie oglądam Igrzysk, jeśli to nie jest konieczne. Boje się śmierci, pod tym względem nie przypominam moich rodziców, którzy weszli na arenę z podniesionymi dumnie głowami. Obaj myśleli, że nie dotrwają do końca rzezi.
Docieram do Placu Sprawiedliwości, otoczonego skupiskiem wysokich, szarych budowli. W oddali majaczy potężny gmach fabryki ubrań. Z kominów unosi się gęsty dym. 
Staję na palcach i usiłuje dostrzec w tłumie kasztanowe włosy mojego przyjaciela. Mam to szczęście, że chłopak jest dość wysoki, więc odnalezienie go nie sprawia mi większych trudności. Macham dłonią w jego kierunku. Po chwili staje przede mną Marco - jedna z najważniejszych dla mnie osób w całej Ósemce. 
-Cześć Aino - mówi i zamyka mnie w swoim silnym uścisku. Uśmiecham się lekko sama do siebie. Jego zapach nieco mnie uspakaja choć nadal mam w pamięci ostry głos Smith.
-Hej - odpowiadam - zostaw mnie, bo się uduszę - rzucam żartobliwym tonem. 
-A może ja chcę cię tak trzymać? - szepcze mi do ucha - Może mam ochotę już nigdy cię nie puszczać? - Pyta. Przez moje plecy przechodzi lekki dreszcz. Nie mam nic przeciwko, myślę. Stoimy tak jeszcze parę minut. Nagle Marco odsuwa mnie od siebie.
-Coś mi tu nie pasuje. Dlaczego jesteś na Placu tak wcześnie? - Pyta. Na jego twarzy maluje się powaga. Martwi się o mnie, widzę to po jego oczach. Zagryzam wargę i wbijam wzrok w brukowaną uliczkę. Nie chcę opowiadać tej historii przyjacielowi, choć z drugiej strony... Komu, jak nie Marco mogę zaufać?
-Przerabialiśmy Pięćdziesiąte Siódme Głodowe Igrzyska - mówię cichym głosem. Przyjaciel krzywi się z niezadowoleniem. Doskonale wie, co dla mnie oznaczają te słowa. - Nauczycielka opowiadała, jak Tyyne mordowała człowieka. Pokazała nawet film. - Łamie mi się głos. - Zrozum, nie mogłam czegoś takiego wytrzymać - dodaje ze łzami w oczach. Nie lubię płakać przy ludziach. Marco widzi, że z każdą chwilą jestem coraz bliższa załamania, więc chwyta za moją dłoń i prowadzi mnie w stronę swojego domu. Nie mam nic przeciwko. Znam to miejsce, bywałam tam wiele razy. Uwielbiam przebywać pod starą, rachityczną jabłonką, rozmawiając z przyjacielem. Idziemy szybkim krokiem, tak że po chwili docieramy do celu. Od progu wita mnie radosny śmiech małej Nettie. Dziewczynka ma zaledwie sześć lat, jest wesoła i łatwo się z nią dogadać.
-Aino! - Krzyczy i podbiega do mnie. Wpada w moje ramiona, a ja przytulam ją. Chciałabym mieć młodsze rodzeństwo, jednak wiodę los jedynaczki. A szkoda. - Dawno cię tu nie było - piszczy mała - Dlaczego?
-Wiesz, włóczyliśmy się z Marco po mieście, nie chcieliśmy przeszkadzać tobie i twojej mamie - odpowiadam. 
-Aha. A wiesz, że mój brat jest w tobie... - Mówi dziewczynka z przejęciem, jednak nie dane jest jej skończyć. 
-Cicho Anette, nie pleć bzdur - rzuca chłopak, biorąc siostrę na ręce - idź do domu, twoje lalki się za tobą stęskniły.
-Naprawdę? - Pyta sześciolatka, spoglądając uważnie na brata.
-Tak - mówię - Jeśli będziesz grzeczna to potem pobawimy się z tobą. - Oczy małej rozbłysły radością.
-Nie żartujesz Aino? - Pyta się Nettie. Kręcę głową.
-Nie. Masz to jak w banku. - Na te słowa dziewczynka uśmiecha się jeszcze szerzej i biegnie w podskokach do domu. 
Ja i Marco kierujemy się w stronę jabłonki, pod którą oboje siadamy. Opieram głowę o szorstki pień drzewa. Spotkanie z siostrą przyjaciela zdecydowanie poprawiło mi nastrój. Nie jestem już taka przygnębiona jak wcześniej, moje myśli odbiegły nieco od tematu Igrzysk. Nagle odzywa się siedzący obok mnie chłopak.
-Aino... Jak myślisz, co znajduje się za granicą Panem?- Pyta i wskazuje ręką bliżej nieokreślony kierunek. Wzruszam ramionami.
-Nie wiem. Jak byłam mała, to chciałam uciec z naszego Dystryktu w miejsce gdzie nie będzie Igrzysk i tego całego okrucieństwa, fundowanego nam co roku przez Kapitol. Jednak wątpię, że coś takiego istnieje.
-Ale... Może miałaś rację? Może twoje nadzieje nie były bezpodstawne. Chodzi o to, że nasz świat nie może kończyć się na Panem. 
-Nawet jeśli, to nie mamy szans na ucieczkę. Złapią nas Strażnicy Pokoju i tyle po kłopocie - mówię. Zastanawiają mnie jednak słowa Marco. A co jeśli chłopak się nie myli?
Siedzimy chwilę w ciszy, po czym zaczynamy rozmawiać na łączące nas tematy. Przyjaciel opowiada mi o swoim ostatnim polowaniu.
-Jak chcesz, to raz możesz się ze mną wybrać do lasu. Nauczyłbym cię jak strzelać z łuku, jak posługiwać się nożem myśliwskim... Wiesz, takie umiejętności każdemu się w końcu przydadzą. - Kręcę głową.
-Dzięki za propozycję, ale nie skorzystam - mówię, uśmiechając się do Marco.
-Aino, martwię się o ciebie - rzuca. Nie musi tłumaczyć, wiem że chodzi mu o dożynki. Wzruszam ramionami.
-Poradzę sobie. Przecież jak dotąd miałam szczęście - odpowiadam lekceważącym tonem, jednak w głębi duszy przyznaje przyjacielowi rację. Marco obejmuje mnie i trwamy w tej pozycji przez dobrą chwilę. Kładę mu głowę na ramieniu i przymykam oczy. Chłopak mierzwi mi włosy. 
-Nie chcę cię stracić, Aino - mówi cichym głosem. Robi mi się ciepło na sercu. Nie jestem przyzwyczajona do takiej troski. 
-Do dożynek jeszcze sporo czasu - rzucam. Chłopak nie zwraca uwagi na moje słowa, tylko całuje mnie w usta. 
*
Cicho otwieram drzwi od domu. Jest dziewiąta wieczorem, Strażnicy Pokoju nie patrzą przychylnym okiem na ludzi włóczących się po Dystrykcie o tej porze. Zdejmuję buty, po czym kieruję się w stronę salonu. Na wytartej, czerwonej sofie śpi mój ojciec. Nie chcę go budzić więc na palcach wchodzę po schodach do mojej sypialni. Spoglądam na szafkę nocną. Znajduje się na niej zdjęcie kobiety o jasnych włosach, szaroniebieskich oczach i bladej cerze. Uśmiecha się do obiektywu, trzymając na rękach małe dziecko. 
-Och, mamo - mówię cichym głosem - dlaczego ciebie tu nie ma? - Po policzkach spływają mi łzy tęsknoty. Rzucam się na łóżko, gaszę światło i leżę w ciemnościach, wspominając Tyyne. Moje dziecięce marzenia nigdy nie były aż tak żywe. 

piątek, 16 listopada 2012

Rozdział 1

Simone
Dystrykt Drugi


Na szczęście mieszkam na pierwszym piętrze., myślę i cicho otwieram okno. Patrzę na dwie śpiące dziewczyny. Dzięki Bogu ich nie obudziłam. Siadam na parapecie tak, że nogi swobodnie zwisają mi nad ziemią, biorę głęboki wdech i skaczę. Spadam przez ułamek sekundy, po czym lekko ląduje na wilgotnej trawie. Czuje przeszywający chłód, lecz nie zwracam na to uwagi - rozgrzeje się podczas biegu. Szczelniej otulam się starą kurtką oraz szybko maszeruje w stronę lasu. Za sobą zostawiam stary odrapany budynek, miejsce, które powinnam nazywać domem. 

Mimo iż jest wczesna wiosna, to w Dwójce rankiem panują temperatury od zera do dwóch stopni. Powinnam była się przyzwyczaić, w końcu całe moje życie spędziłam w Drugim Dystrykcie. Wzruszam ramionami, po czym puszczam się biegiem przez prawie puste ulice. Brudne latarnie jeszcze się świecą, w końcu jest dopiero piąta rano. Nie spodziewam się niczego nadzwyczajnego, niczego co mogłoby mnie wzruszyć lub przerazić. Odkąd zakończyłam Szkolenie brakuje mi tej dawki adrenaliny, którą miałam codziennie zapewnioną. Mijam Plac Sprawiedliwości, cały skąpany w szarej mgle. Nagle widzę młodą ciemnowłosą dziewczynę, leżącą na ławce. Drży z zimna, nie ma gdzie się podziać. Pewnie Kapitol zniszczył jej życie, podobnie jak mi. Miałam niesamowite szczęście, mogłam przecież skończyć jak ona- bezimienna dziewczyna, powoli umierająca na zniszczonej przez czas ławce. Spogląda na mnie w niemym przerażeniu, ale nie prosi o pomoc. Pewnie wie, że nie jestem wstanie nic dla niej zrobić.
-Simone... - jęczy. A jednak! Zastanawiam się, skąd mnie zna. Pewnie obserwowała jedną z licznych chłost, którymi mnie karano. Poruszam niespokojnie łopatkami. Rany, choć zabliźnione, nadal dają o sobie znać. 
Podchodzę do dziewczyny i spoglądam jej w oczy. Chcę jej pomóc. Jestem z Dwójki, a więc do moich cech należy waleczność, odwaga i inne podobne rzeczy, że wszyscy oczekują ode mnie, że będę zabijać na arenie, ale czy to oznacza, że nie mogę uratować komuś życia? Ściągam kurtkę i wręczam ją dziewczynie. Nie mogę zrobić nic więcej. A chciałabym.
-Dziękuje - szepce ciemnowłosa. Kręcę głową.
-Nie ma sprawy - mówię i odwracam się na pięcie. 
Docieram do lasu. Tchnie od niego cisza i spokój, który odstraszyłby przypadkowego przechodnia, ale nie mnie. Z pewnością siebie wbiegam do puszczy. Sosnowe igły tłumią dźwięk moich kroków, dzięki czemu bez problemu mogę tropić dzikie zwierzęta. Podbiegam do potężnego, starego drzewa i kładę dłoń na grubym konarze. Zaczynam się wspinać. Pnę się do góry przez jakiś czas, nie męczy mnie to. Jestem w końcu z Dwójki. Szkoliłam się od dziesiątego roku życia. Po chwili znajduje się na przeciwko dość dużej dziupli, zdolnej pomieścić w sobie spory bochenek chleba. Sięgam ręką do środka i wyjmuje z niej bicz oraz zbiór krótkich, lecz ostrych noży. Chwilę trzymam je w dłoni, gładzę palcem chłodne klingi, ostre jak brzytwa. Naglę słyszę, jak coś skacze po jednej z cienkich gałęzi. Gwałtownie spoglądam w tamtym kierunku, mam nadzieje że to wiewiórka, lecz dostrzegam małego, czarno- białego ptaka, wyśpiewującego melodię, której w życiu nie słyszałam. Kosogłos. Uśmiecham się oraz nucę fragment starej piosenki, mojej kołysanki. Zwierze spogląda na mnie swoim ciemnym okiem i wydaje odgłos podobny do śmiechu. Cóż, nigdy nie twierdziłam, że mam talent muzyczny.
-A idź mi - mówię i odganiam ptaka od siebie. Zeskakuje z drzewa, po czym kieruje się głębiej w las. Nie przejmuje się, że już dawno przekroczyłam granicę Dystryktu. Robię tak od roku, przyzwyczaiłam się. Zbieram owoce, zioła i lecznicze rośliny, które mogłabym potem sprzedać. Nagle słyszę trzask łamanych gałęzi. Wspinam się na drzewo, na gałąź z której atak nie byłby utrudniony przez wysokość. W końcu moją podstawową bronią jest bicz. Nie dałabym rady zabić zwierzęcia, znajdując się przy tym pięćdziesiąt metrów nad ziemią. W tym momencie udaje mi się dostrzec dużego, brązowego jelenia, stojącego w małej odległości ode mnie. Jestem zachwycona. Jeśli udałoby mi się go upolować, to mogłabym dostać za niego całkiem sporą sumkę. Zsuwam się z drzewa i cichym krokiem podchodzę jak najbliżej zwierzęcia. Z całej siły rzucam nóż, który wbija się w miękkie ciało jelenia. Moja broń podcina nogi ofiary tak, że teraz leży na ziemi. Unoszę bat nad głową i strzelam z niego parę razy. Bicz harata mięso i skórę, ale przynajmniej jeleń już nie żyje. Podchodzę do martwego zwierzęcia, wyciągam nóż, po czym tnę na kawałki jego ciało. Oddzielam mięso od skóry, tak że po jakimś czasie mam całkiem sporo jelenich kotletów, jeśli można tak to nazwać. Kawałki zwierzęcia, które ktoś mógłby kupić chowam do torby, natomiast resztę pozostawiam. 
Biegnę przez las, po drodze zastawiam nowe pułapki i zbieram mięso z innych. Mam nadzieję się nieźle obłowić, może będzie stać mnie na nową dożynkową sukienkę. Ze starej (którą mam już notabene siedem lat) wyrosłam. Nie liczę na nic ładnego, to pojęcie nie istnieje w Dwójce. Wszystko ma być przydatne w walce, lub w kamieniołomach. 
Wbiegam na polanę. Przymykam lekko oczy, rozkoszując się pędem wiatru w moich włosach i słabym słońcem, które dopiero co zaczęło dawać minimalne ciepło. Głęboko wzdycham, upojona cudownym zapachem kwiatów. Wiosna. Wszystko budzi się do życia, i takie tam... 
Nagle czuje gwałtowne uderzenie. Potykam się i upadam na trawę. Momentalnie otwieram oczy i w ostatniej chwili udaje mi się podeprzeć rękami. Dłonie zapadają się w miękkiej ziemi. Gotuje się do odebrania potencjalnego ataku, unoszę bicz nad głową, lecz ktoś powstrzymuje mnie od zadania rany.
-Czekaj! - Słyszę męski głos. Podnoszę głowę i spoglądam w najbardziej niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Mrugam parę razy. - Co tu robisz?
-Mogłabym zadać to samo pytanie tobie - mówię, podnosząc się z ziemi i otrzepując ubranie z błota. Zauważam ślady trawy na bluzce i spodniach. Trudno.
-Jestem na szkoleniu - odpowiada chłopak i badawczo ilustruje mnie wzrokiem. Zatrzymuje się na wypchanej po brzegi torbie. Szybko dodaje dwa do dwóch. - Uważaj, dzisiaj zmiana Strażników Pokoju. 
-Trudno. Poradzę sobie. - mówię i śmiało spoglądam mu w oczy, po czym wymijam go i ruszam w stronę wyjścia z lasu. Po co poinformował mnie o zmianie? W Dwójce takie gesty są rzadko spotykane.
Ciekawi mnie ten chłopak. Poza tym, że jest... Przystojny (nawet bardzo) i sprawiał wrażenie miłego, to nic o nim nie wiem. Na pewno stać go na szkolenia, to musi oznaczać, że należy do zamożniejszych obywateli Drugiego Dystryktu. Jeszcze rok temu sama zaliczałam się do tej elitarnej mniejszości. Lecz wszystko się zmieniło... Czas, który poświęcałam na treningi, spędzam teraz na polowaniach. Nie chcę stracić tych cennych umiejętności, których nabyłam przez pięć lat regularnego szkolenia. I tak sporo rzeczy wyleciało mi z głowy. Chciałabym to jakoś nadrobić. Szkoda tylko, że nie wiem jak.
A z resztą, skądś kojarzyłam mojego „nowego znajomego”. Może spotykaliśmy się w szkole, albo gdy odbierałam Dostawy... Wszystko jest możliwe.
Dobiegłam do drzewa, w którym ukrywałam moją broń i z wypchaną mięsem torbą, skierowałam się w stronę czarnego rynku. Wszyscy mnie tam kojarzyli. Codziennie przychodziłam do starej, nieużywanej kamienicy i wymieniałam upolowane zwierzęta na pieniądze, a czasem na inne rzeczy, typu miętowe cukierki, pomarańcze czy inne rzadkie towary. Docieram do straganu zaprzyjaźnionego rzeźnika, gdzie udaje mi się pozbyć większości mięsa. Mężczyzna kupuje także borówki i maliny. Cóż nie ma to jak udana transakcja. 
-Simone, przyznaj się, ile godzin spędziłaś w lesie, zanim upolowałaś tego jelenia?- Głęboki głos mężczyzny rozchodzi się po całej kamienicy. Uśmiecham się uprzejmie.
-Nie wiem, ale nie zajęło mi to dużo czasu - mówię i ze znacznie lżejszą torbą, opuszczam czarny rynek. Kieruje się teraz do domu lekarza, jego żona zawsze bierze ode mnie zioła i mięso królika. Pukam w duże czarne drzwi. Słyszę czyjeś kroki, czekam jeszcze pięć minut. Nagle moim oczom ukazuje się wysoki mężczyzna w białym mundurze. Gwałtownie obracam się na pięcie i uciekam co sił w nogach. Jestem szybka, lecz nie mam szans, gdy goni mnie cała wataha Strażników Pokoju. Czuje, że jeden z nich łapie mnie za ramiona i wyrywa mi torbę. Rozdziera suwak i zagląda do środka. Już po mnie. 
-Widzę, że polowałaś? - pyta, zaglądając mi w oczy. Próbuje się wyrwać, lecz mężczyzna jest znacznie silniejszy niż ja. Nie odpowiadam, jedynie patrzę się na niego ze złością.- Gadaj!- Krzyczy. Unosi rękę i wymierza mi siarczysty policzek. Głowa mi odskakuje do tyłu, krztuszę się. Jestem przyzwyczajona do przemocy, lecz to dla mnie za dużo. Jestem wściekła. Nie znoszę, jak ktoś traktuje mnie w ten sposób. Strażnik przegląda dalej zawartość mojej torby. - No cóż, nie zaprzeczysz, że te rośliny rosną już w lasach poza Dwójką? - Zwraca się do potężnego mężczyzny, który mu potakuje. - Cóż trzeba zabrać ją na Plac Sprawiedliwości, wymierzymy karę. Myślę, że piętnaście batów wystarczy. - Wzdrygam się. Znowu będę musiała przeżywać ten koszmar. Czuje jak Strażnik popycha mnie czubkiem swojego ciężkiego, skórzanego buta. - Idź. - Mówi. Wykonuje jego polecenie, nie mam specjalnego wyboru. Ucieczka nie wchodzi w grę, nie potrafiłabym się mu wyrwać. Rozglądam się na boki. Ludzie obserwują nas z ciekawością, choć często dochodzi do publicznej chłosty. 
Na Palcu zebrała się już całkiem spora grupka gapiów. Nie widzę nikogo znajomego. Strażnik rozkazuje mi zdjąć bluzkę. Wykonuje jego polecenie, świadoma że wszyscy mi się przypatrują. Mężczyzna łapie za moje nadgarstki i przywiązuje do drewnianego pala. Jestem pewna, że czymś nasączył sznury. Miejsce w którym stykają się z ciałem zaczyna krwawić. Ciepła ściecz spływa mi na głowę, a ja już czuje ten charakterystyczny, słony zapach. Słyszę świst bata i głośny głos mojego oprawcy.
-Karą za kłusownictwo jest piętnaście uderzeń biczem. Ta oto... - Chwilę myśli, czeka na Strażnika, który poda mu odpowiednie dokumenty. - Simone Stainthorpe, dokonała tego czynu dwa razy, więc jej kara wynosić będzie trzydzieści pięć batów. Jeśli oskarżona popełni to przestępstwo jeszcze raz, Główny Strażnik Pokoju, będzie mógł wykonać publiczną karę śmierci poprzez powieszenie. - Wzdrygam się. Koniec z polowaniem, nie mam pojęcia, jak będę sobie radzić. Mężczyzna unosi bat, słyszę ogłuszający świst, aż w końcu czuję, jak ostra końcówka bicza rozcina mi plecy. Zagryzam zęby. O cholera, jak boli. Mam ochotę krzyczeć, lecz nie dam mu tej satysfakcji. Łza spływa mi po policzku, krew miesza się z potem... Szykując się na kolejne uderzenie zaciskam nadgarstki, z których płynie jeszcze więcej krwi. Słyszę podniecone głosy widowni. To chore. Nie jestem pewna czy wytrzymam jeszcze trzydzieści cztery baty. Wolę nie wiedzieć, co będzie potem. 
Bicz na sto procent jest czymś nasączony. Nie dość, że rany bolą mnie jeszcze bardziej niż zwykle to jeszcze wypływa z nich znacznie więcej krwi. Mam wrażenie, że w skórę wżera się jakiś kwas, wyprodukowany w tajnym , kapitolińskim laboratorium. 
Przy piętnastym uderzeniu, z mojego gardła wydobywa się dziwny odgłos, coś pomiędzy płaczem a krzykiem. Mam już dosyć. Czuję zapach krwi, łez i potu. Moje plecy przypominają pewnie kawał poszarpanego mięsa. Dobrze wiem, jak wygląda zwierze zabite biczem. Aż za dobrze...
Tracę rachubę. Może być to dopiero szesnaste uderzenie, a może czterdzieste... Nie wiem. Zamykam oczy i daje się pochłonąć ciemności.
*
Uff, a więc mam już to za sobą. Dodałam, trochę później niż obiecałam, ale nie miałam większych możliwości- późno wróciłam do domu, a miałam jeszcze masę rzeczy do zrobienia. Na szczęście- lepiej późno niż wcale. 
Rozdziały będą pojawiać się co piątek, mniej więcej o tej porze. Oczywiście, mogą być wyjątki, ale będę starała się o nich informować.

środa, 14 listopada 2012

Zapowiedź+ podziękowania

Pierwszy rozdział mojego fanfiction pojawi się w piątek około 19 lub 20.
Chciałabym podziękować zaczarowanym-szablonom, za ich genialne tło. Nie było robione na zamówienie, ale czuje że muszę coś na ten temat powiedzieć :)

czwartek, 8 listopada 2012

Początek

Nie jest to prolog, ani nic z tych rzeczy.
Po prostu chciałabym powiedzieć, jeśli ktoś będzie to czytał, że blog dopiero się rozkręca. Szablon, ustawienia i takie sprawy. 
Pierwsza notka pojawi się za jakiś czas, może za tydzień.
*
Jak na razie, dopiero oswajam się z bloggerem. Jeśli ktoś się zna na różnych technicznych sprawach, to proszę o pomoc :/ Taka ze mnie sierota, że nawet szablonu nie potrafię ustawić...

Obserwatorzy